
Pamiętam jak w czarnej, niestabilnej teczce zamykane były wszystkie nadzieje. Starannie dobrane prace w bezbłędnym rozmiarze leżały jedna na drugiej, aby w końcu zostać surowo ocenione podczas prezentacji na akademickiej podłodze. Jedna krótka opinia miała zweryfikować kolejny rok ciężkiej pracy. Podpisy na listach obecności były jak rozpaczliwe wyrażenie zgody na udział w bezsensownej loterii.
Do dziś jestem zła na teczki.